26 2010-08-26

Kontuzja

Ostatnimi czasy czas trochę mnie pogania.
Praca, obiecany spacer z psem, znajomi, praca, zakupy, pranie, sprzątanie. Plus dodatkowe milion innych rzeczy, które nie wiadomo jak wcisnąć w napięty harmonogram tygodnia.
Stąd mało czasu na trening.

Trening nóg. Nauczony tym, że końce ostatnich tygodni mam totalnie zalatane przerzuciłem ten najcięższy trening na początek tygodnia.
Rozgrzewka na trzech maszynach, rozruszanie i skakanka - wszystko było jak trzeba.
Intuicja podpowiadała mi, że nie jestem dzisiaj gotów by wchodzić na bardzo duże ciężary. Posłusznie więc ustaliłem, że pozostanę na mniejszym obciążeniu. Na kolejnej serii przysiadów wszedłem na 100kg. Wszystko było jak być powinno. Do momentu.

Jakiś taki mały przeskok. Szybki intensywny ból.
Obraz na sekundę zrobił się czarno biały.

Odłożyłem sztangę na miejsce, po czym odszedłem usiąść.

Dalsza część treningu była już spalona.
Tak samo jako ostatnie dni.

Ból lędźwi nie pozwala mi na zbyteczny ruch.Wczorajszy trening mogłem sobie darować. Nie byłem w stanie dźwignąć 20 kg, bo każdy skłon czy zmiana pozycji w lędźwiach nie jest teraz za przyjemna. Ostatecznie rozruszałem klatkę izolowanymi ćwiczeniami na maszynach, ale o typowych ćwiczeniach mogłem zapomnieć.

No cóż. Zdarza się. Szkoda tylko że przydarzyło mi się to w czasie, gdy zaczynałem łapać rytm treningów.
Pozostają mi rekreacyjne spacery po parku. Pewnie przez kolejne kilka dni.

Czas na poprawienie stosunków męsko - psich.
18 2010-08-18

Słoneczny dzień

Dzisiaj nieco zmieniłem formę wpisu.
Najpierw włączcie poniższą muzykę, a następnie zacznijcie czytać. Może razem uda nam się uzyskać lepszy efekt?





Słoneczna metropolia. Kolejny słoneczny spokojny dzień.

Wysoko w chmurach krąży helikopter kanału wiadomości.
Zakorkowane ulice miasta jarzą się kakofonią kolorowych aut. Zgiełk, hałas, pisk, trąbienie - wszystko to sprawia, że miasto wydaje się żywe.

Znużona Lois ziewa.
- Ale nudy.
- Majk. Zrób jeszcze kilka zdjęć z sytuacji na dole, a potem spadamy do domu.
- Resztę dokręcimy w studiu. Nie ma sensu siedzieć tutaj cały dzień.

Kolejny zagłuszony miejskim harmiderem przelot nad centrum miasta i kolejne oklepane zdjęcia do równie oklepanej relacji z sytuacji na miejskich ulicach.


Nagle na pobliskich dachach Lois zauważyła mały szybko przemieszczający się obiekt.
- Majk - skieruj kamerę w tamtą stronę! Wskazała oddalone od nich dachy.


Kamerzysta szybko zwraca swój obiektyw we wskazywane miejsce.
- To chyba Fantomas. Gdzie on tak się śpieszy?

Z pobliskiego dachu w kierunku Fantomasa skacze mały piesek.
- Oho. Mamy i Super psa.

Przeskok nad wystającym gzymsem, schwycenie odstającej z dachu belki, unik przed zawieszonymi drutami. Zwinnymi ruchami bohaterowie wymijają kolejne przeszkody szybko biegnąc przed siebie.
- Tylko ich nie zgub. To może być ciekawy materiał!
- Myślisz, że to takie łatwe?

- Wyglądają, jakby się ścigali.

Kolejne kilka skoków, i bohaterowie znikają wśród budynków.
- No i to by było na tyle. Zgubiliśmy ich.
- No nic. Resztę możemy dokręcić w studiu.


Słoneczna metropolia. Kolejny słoneczny spokojny dzień.

Wysoko w chmurach helikopter kanału wiadomości wraca do domu.
17 2010-08-17

Spotkanie z Zeusem

Weekend należał do udanych. Oh. Jakże wspaniałe rozpoczęcie nowego wpisu. Normalnie wszyscy będą w niebo wzięci.

Upał za oknem nie pozwalał mi siedzieć zbyt długo w kamiennym czworościanie.
Sobotni dzień spędziłem na basenie. Było całkiem miło, chociaż zbyt tłocznie jak na mój gust. O bardziej sensownym pływaniu nie było mowy, pozostawało więc "dupne" moczanie swoich cielsk. Bywało lepiej...

Niedziela była już ciekawsza. Znowu chodziło mi po głowie kąpielisko. Postanowiłem jednak dać sobie spokój z tą zachcianką. Wspaniała pogoda na zewnątrz, słońce, ptaszki - wszystko po to by z tego korzystać. Nie miałem serca by zostawić Szamę Samson samą w zimnych pustym domu. Zresztą w tym tygodniu nie przyłożyłem się zbytnio do poprawienia naszych relacji. Przyszedł czas by do akcji wkroczył sam Super Fantomas.

Zarzuciwszy torbę na ramię wraz z Szamą Samsonem udałem się do parku. Standardowy trening na placu połączony z "patyko-bieganiem" był bardzo przyjemny. Dla nas obojga. Drążek miał tendencję do wyślizgiwania się ze spoconych dłoni, na szczęście kilka dni temu uszyłem sobie specjalne paski zaczepne, które niwelują tą niedogodność. Typowy osprzęt super bohatera.

Co tu dużo pisać. Piękny dzień, wspaniałe chwile. Człowiek chciałby by było tak częściej.
Potem przyszła całkiem groźnie wyglądająca burza. Zgrzani półnago wracaliśmy sobie spacerkiem do domu, "śmiejąc" się z ludzi, którzy odruchowo chowali się przed siarczyście padającym deszczem.
"Co my z cukru jesteśmy?"
Miły deszczyk kropiący... właściwie walący jak z automatu na nasze ciałka to przyjemność w tak gorące dni.
Swoją drogą nawet mnie to zastanawiało. Czemu my tak bardzo unikamy takich "rzeczy"? Szama Samson jak większość psów bardzo lubi latać po deszczu. Małe dzieci też uwielbiają latać po dworze gdy z nieba leje się deszcz. Szczególnie gdy pojawiają się kałuże...

...Ale potem - przychodzi jakiś taki magiczny moment, który łamie nam się serce. Dorastamy. Wszystkie wspaniałości z dzieciństwa zostają przez nas samych uśmiercone. Przestajemy cieszyć się błahostkami i tym co mamy pod ręką. Tym co właściwie daje nam świat. Co daje nam, nie wymagając nic w zamian...


Spokojny powrót musieliśmy nieco przyśpieszyć, gdy tuż nad nami zaczęły trzaskać pioruny. Nawet Super Fantomas wie, że spotkanie z gniewem Zeusa nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Przynajmniej tam mówią ci nieliczni, co takie spotkanie przeżyli...